środa, 14 listopada 2018

Stan bycia w podróży. ...



Jakże miło dosiadać Bunie, czuję to szczególnie teraz kiedy w kalendarzu październik, a za oknem wieje i zacina deszcz.

Bunia to oczywiście motocykl BMW R850R rocznik 95. Jak to mówią chłopaki stara, ale jara.
Myślałem, że jakoś się obejdę bez motocykla, ale po tym jak sprzedałem Junak powstała próżnia, która z dnia na dzień coraz bardziej mi dokuczała, kręciłem się jak wilk w klatce, kiedy tylko miałem trochę wolnego. Nic nie sprawiało przyjemności, a najbardziej brakowało mi tego oderwania od spraw codziennych, tej odrobiny wolności, tego stanu bycia w drodze na motocyklu....w drodze na motocyklu.
Kiedy tylko mogłem sobie pozwolić na kupno, zrobiłem to nawet wbrew sobie, wbrew mojej kochanej żonie. Od momentu kiedy ja zobaczyłem  i przejechałem się na niej nie trzeba było długo czekać aż stanęła w garażu.
Zaraz na drugi dzień pojechałem do urzędu aby ją zarejestrować i już byłem gotowy do drogi, w środę kupiona w piątek ruszyłem w kierunku Gór Sowich.
Ależ on mruczy,  to nie błyszczący w słońcu chopper, to nie była smukła sylwetka japońskiego nakeda, motocykle BMW z silnikiem typu bokser są jedyne w swoim rodzaju.

Choć skrzyni brakuje kultury pracy japońskich motocykli to zdążyłem polubić ten dźwięk nie podobny do czegokolwiek, co wcześniej słyszałem, coś jak odgłosy kowalskiego młota pomieszane z łomem, którym ktoś grzebie w skrzyni ze śrubami.

Reszta to muzyka dla każdego bikiera, dwa ułożone poziomo chłodzone powietrzem cylindry, wygodne siodło, tu naprawdę czuć ze ma się między nogami kawał żelastwa jakkolwiek by to nie zabrzmiało 257 kg masy spoczynkowej robi wrażenie.
Kiedyś pisałem,  że pojemność przy turystyce nie ma znaczenia i nadal to podtrzymuje, jednak przy przelotach to tylko strata czasu. Bunia poniosła mnie w góry prawie dwa razy szybciej i chociaż starałem się bardzo nie przekraczać 120 km/h to i tak za każdym razem ona sama nie wiadomo kiedy przyspieszyła do 140 - 150 km/h. Widocznie w tych prędkościach czuła się najlepiej, a ja jej tego nie wzbraniałem, silnik pracował równo, siodło i kierownica utrzymują optymalną pozycję, jechałem wyluzowany do tego stopnia, że po mimo przejechania 660 km nie czułem zmęczenia.  Coś mnie podkusiło i wybrałem drogę przez Bydgoszcz, Poznań na Wrocław. Fatalna trasa prawie na całej długości rozkopana, wąską, nie można było w pełni korzystać z walorów Buni. Ale jak to często bywa w zamian od losu dostałem coś na pocieszenie. 50 km za Bydgoszczą w kierunku na Poznań leży Siverado  miasteczko żywcem wyjęte z dzikiego zachodu, przez chwilę mogłem się poczuć jak  Wyatt Erp, jeszcze tylko fotka mojego rumaka przed salonem i hajda wio w dalsza drogę. Na miejsce zlotu do schroniska Orzeł przyjechałem około 16, jeszcze tylko stromy podjazd, jakoś mi się udało choć łatwo nie było, podłoże to luźne kamienie, żwir i piasek. Bunie zaparkowałem, namiot rozbiłem, piwko otworzyłem, można było się przywitać z ekipą i czekać na resztę, no a dalej to już wiecie, kolejne piwko Polaków rozmowy i nie pamiętam kiedy znalazłem się w namiocie, szybko pogrążyłem się w sen.
Ranek, zimno, rześko trochę kropli, wychodzą powoli z namiotów kompanii,  większość wygląda ciut niewyraźnie, jednak z czasem nabierają wigoru i powolutku szykujemy się do drogi. W planie mamy zwiedzanie kompleksu Olbrzym w Górach Sowich, obiadek i czas wolny, który część z nas wykorzystała aby polatać w okolicach Srebrnej Góry.
Było ciekawie, cóż można więcej powiedzieć?  Po obiedzie, kilku chłopaków chciało polatać, nabić trochę kilometrów po serpentynach w okolicy Srebrnej Góry. Dołączyłem do grupy choć nie preferuję tego typu jazdy, tym razem jednak chciałem sprawdzić i siebie i Bunie.
Mógłbym to zamknąć jednym słowem, było świetnie, jak tylko wyjechaliśmy z miasteczka, rura. Marcin prowadził, chyba znał drogę, to był szalony wyścig po leśnych serpentynach, na prostych redukcja, manetki i motocykl w pełni wykorzystuje swoje 70 koni, rwie jak szatan, a beemka ma jeszcze tą zaletę, że równo ciągnie od samego dołu, ależ on szła....aż na jednym z zakrętów zgasła, przed wyjazdem miałem zaatakować, myślałem, że starczy i gdzieś po drodze uzupełnię benzynę.

 Tak się jednak nie stało i będąc złożony w zakręcie silnik zgasł. Całe szczęście nie byłem sam. Chłopaki zwrócili i zaczęli radzić co tu zrobić, całe szczęście Tomek miał wężyk igielitowy i pełen zbiornik, inny z kolegów miał przy sobie resztę Coli w dwulitrowej butelce, którą szybko osuszył, było do czego spuszczać paliwo, jeszcze tylko trzeba było się dobrze zaciągnąć i ciecz o charakterystycznym kolorze  I zapachu powoli zaczęła spływać do butelki. Można było ruszyć dalej. Już bez dodatkowych przygód dotarliśmy do schroniska, wieczorem było ognisko, wspaniały zachód słońca, pieczenie kiełbasek i rozmowy bez końca. Byłem zmęczony i dość wcześnie położyłam się spać, jednak coś około 3 nad ranem pęcherz wygonił mnie z namiotu. Kiedy tak w błogim stanie opróżniałem jego zawartość usłyszałem dochodzące z oddali dźwięki muzyki. No nie pomyślałem, ależ oni mają zdrowie. Świecąc sobie telefonem ruszyłem w kierunku wieczornego ogniska, a tam dwóch kolegów przy dogasającym ognisku próbowało poderwać dwie obce dziewczyny.  Były pląsy w rytm muzyki, słowne podchody, świadkiem tego bylem przez godzinę,  gdzieś około czwartej ,niestety chłopaki musieli się obejść smakiem,  dziewczyny poszły na swoje legowisko. I ja ruszyłem złapać jeszcze choć odrobinę snu, rano trzeba było wracać do domu. Wyjechałem około 7, wpierw  pożegnałem przyjaciół i wolniutko zjechałem do głównej drogi. Tym razem trasa miała prowadzić przez Wrocław i Łódź, co prawda to o 100 km wydłużało trasę, ale miałem pewność że po drodze nie będzie utrudnień, jedyny minus to zła pogoda nad tym obszarem, miałem nadzieję ze a nóż  się uda i nie będzie padało.  Niestety było jak zwykle, czyli lało, z tą różnicą, że Bunia ma dużą szybę i powyżej 140 km deszcz moczył tylko czubek kasku i rękawice. Przyczepność była dobra, ruch niewielki, mogłem poganiać, moją nową dziewczynę. Bez przygód po 8 godzinach byłem w domu 660 km takim motocyklem to pestka. To jedyny i ostatni taki wypad w tym roku, będzie mi brakowało tego stanu bycia w podróży.