czwartek, 28 marca 2013

1561 km Junakiem 123 z Gdyni do Zakopanego


Każda przygoda ma swój początek.



Moja z junakiem zaczęła się wiosną  2012 roku. Było ciepło i samochód zamieniłem na rower. Droga do pracy prowadziła obok salonu, w którym stały nowe junaki. Przez jakiś czas gapiłem się na nie wyłącznie przez szybę. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, obejrzałem i sfotografowałem wszystkie dostępne modele, później ze zdjęć  powstały   pierwsze filmiki dostępne na YouTube.

Moja uwagę przykuł Junak 123. Motocykl ładny, nowy  w przystępnej cenie, tylko, co on jest wart? Informacji na ich temat w Internecie w tamtym czasie było bardzo mało. Poruszyłem tą sprawę w trakcie rozmowy z właścicielem salonu  i zasugerowałem, aby zrobić test motocyklem na długiej trasie np. z Gdyni do Zakopanego. Pomysł został podchwycony i przekazany „wyżej”.
Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź z zapytaniem czy pojadę i przygotuje relacje z takiego wyjazdy w zamian za motocykl w dobrej  cenie. Wiele się nie namyślając przystałem na propozycję. Jednak na motocykl musiałem poczekać, firma nie dysponowała modelem 123 gdyż wszystkie były rozdysponowane pomiędzy dilerów w kraju.
Do testu Junaczka sprowadzono z Niemiec.  Nie było specjalnych przygotowań, docierałem go przez pierwsze 500 km. Na koniec Master zrobił przegląd, wyłożył środki na paliwo, wyjazd zaplanowałem na 15 sierpnia.
To była mordęga, pierwszy raz od 20 lat wybrałem się w tak długą trasę. Ale dojechałem i mimo zmęczenia byłem szczęśliwy, choć nie obyło się bez przygód.  Już po godzinie stwierdziłem, że  to był jednak głupi pomysł. Początek zapowiadał się pięknie, po drodze chciałem „zaliczyć” co ciekawsze miejsca, zakręciłem do Pelplina, zobaczyłem zamek w Gniewie i Kwidzynie przez Wisłę przepłynąłem promem i nagle zerkając na zegarek stwierdziłem, że jak tak będę sobie zwiedzał to do Zakopanego w życiu nie dojadę, przejechanie pierwszych 200 km zajęło 5 godzin. Na początku spokojnie ot tak bez pośpiechu, wskazówka na liczniku buja się między 80, a 90 km/h, ale po Łodzi tak jakby włączyła się jakaś przerzutka i tempo z żółwiego zmieniło się na ekspresowe, momentami na liczniku mam 110. Szalona prędkość. Przejeżdżając przez  Łódź zaliczyłem swój pierwszy wypadek na motocyklu.
W pewnym momencie wjechałem na asfalt, który był śliski niczym szkło, wiedziałem, że wyrżnę to była tylko kwestia czasu. Długo nie czekałem, droga się kończyła trzeba było skręcić w lewo i tak przy 40 km/h poleciałem. Wrażenie dość nieprzyjemne, praktycznie po za kontrolą, nagle znajdujesz się na ulicy sunąc na plecach, tuż za mną motocykl, a obok pędzące samochody. Junak przygniótł mi udo, miałem na początku wrażenie, że mam złamaną kość, tak parszywie bolało. Kilu kierowców pomogło mi wstać, podniosło motocykl, choć kolejność była inna, zrobiliśmy oględziny moje i jego, po chwili stwierdziłem, że nic się nie stało, oprócz stłuczenia i kilku rys.
Chwila odpoczynku, poczekałem aż adrenalina opadnie i ruszyłem dalej.  Jeszcze jednego nie wiesz drogi czytelniku, otóż od Kwidzyna do Łodzi ciągle padało, jednak do Częstochowy dojechałem suchy.  Tu krótki postój zaplanowałem, Junak został na parkingu, a ja na Jasną Górę się udałem.  Ruszyłem w dalszą drogę tym razem na Kraków. Gród Kraka miałem ominąć wielkim łukiem, wszystko byłoby pięknie i gdyby nie drobny feler, szlak trafił wężyk odprowadzający gazy z silnika do recyrkulatora spalin.




Pomocy udzieliło mi kilku kierowców, tym razem byli to ukraińscy kierowcy. W ich przepastnych kabinach znalazły się narzędzia i części. Palcem ruszyć nie pozwolili. Panowie wszystko sami zdjęli, wymierzyli, docięli i założyli, WIELKIE DZIĘKI.
Mogłem jechać dalej. Wyjechałem na obwodnicę, pyrkam wesoło, banan na dziobie, wiatr we włosach swawoli, aż tu nagle… zgasł silnik. No rzesz, co znowu?!
- Myślę sobie - Co teraz?  Nic nie przychodzi mi do głowy, zaczynam nabierać wątpliwości do mojego Chińczyka. Przecież nie można zepsuć cepa, tak prostą ma budowę moja maszynka, pewnie gdzieś jakaś wtyczka albo sprężynka...Wszystko obmacałem, odpaliłem, a on jak gdyby nic zaskoczył i znów jadę z wykrzywionym dziobem.
Ta przygoda z macaniem powtórzyła się z 10 razy, zacząłem go prosić, błagać, przekonywać w końcu poskutkowało, tym sposobem dojechałem do Zakopanego dopiero po 23.Tu mała niespodzianka, podjechałem do recepcji na Kempingu pod krokwią, a tam mi oświadczają, że rezerwacja jest od jutra. Zaproponowano mi przyczepę, dostałem czystą pościel, włączyłem ogrzewanie i nic więcej nie potrzebowałem, przed snem spisałem jeszcze wrażenia i padłem zmęczony.
W trakcie pisania zjadłem w końcu śniadanie,  po upadku zniszczenia minimalne, szlak trafił żarówkę, ale o tym przekonałem się dopiero wtedy, kiedy zapadły egipskie ciemności na Zakopiance.
Miałem przed sobą trzy dni w planach miałem wejście  na Rysy, a potem to się zobaczy. Jednak  Rysy były po za zasięgiem, upadek w Łodzi to sprawił,  nie do końca byłem sprawny. Zabrakło około 300 metrów do szczytu, niestety wszystko przykryły chmury i nic nie było widać.
Tam i z powrotem to 1561km. Wstałem o 5 rano, spakowałem wszystko, posprzątałem przyczepę, rozliczyłem się za noclegi. Dzień zapowiadał się słoneczny jednak na termometrze tylko 7 stopni. Ubrałem się ciepło, wyciągnąłem  szalik, skończyła się sielanka wracałem do domu. Wbiłem kluczyk w stacyjkę niczym jeździec ostrogi w swojego rumaka.
 Żegnałem Zakopane jadąc zgodnie z przepisami jednak wjeżdżając na Zakopiankę nie miałem zamiaru go oszczędzać niech pokaże, ile jest warty, manetka do końca …ruszamy.
Jadę łykam kilometry, w porannym słońcu mijam Poronin, Nowy Targ, nagle silnik zgasł, znów ta chędożona wtyczka odcinająca zapłon przy stopce. Powtarzam macanie, zaklęcia, prośby nic nie pomaga za trzecim razem postanowiłem problem rozwiązać definitywnie.
 Kolega na Forum Junaka coś pisał,  aby to usunąć i w przypływie złości wyrwałem końcówkę, niczym chwasta.  Odpalam maszynę, raz, drugi, a tu nic. Co jest?  Nagle mój wzrok pada na wyłącznik zapłonu.  Ech - włącz zapłon baranie! Odpalił i to by było na tyle, koniec przygód. Tym razem pojechałem prosto do Gdyni bez zwiedzania i „myszkowania” po drodze. Pokonanie tej trasy  zajęło  11 godzin. Kolega z forum miał rację, dupsko się przyzwyczai. I tak jak obiecałem gaz do końca i nie odpuszczałem do domu 100, 110, a bywało nawet, że 120km/h nie schodziło z licznika. Wielu kierowców szeroko otwierało oczy jak im mówiłem, że wracam do Gdyni z Zakopanego.