sobota, 5 września 2015

Junak M12 test długodystansowy - powrót



Czwartek miał być dniem odpoczynku i przygotowań do drogi, miałem zamiar śmignąć jednego dnia na Wolin.  Wystarczy wstać rano i ruszyć w trasę około czwartej. I tak też się stało, dałem wyparować przeszkodzie, zjadłem śniadanie i byczyłem się cały boży dzień, siedząc w fotelu i gapiąc się na góry.  Ciszę obozowiska co jakiś czas przerywał tylko ryk ciężarówek wiozących drewno i motocykli mijających Przystań lub krótka wizyta motocyklistów wpadających na kawę.
Takie spotkania owocują zawsze nowymi znajomościami, tak poznałem Jarka, Ilonę, Łukasza,  Adriana, który przez całą noc spędzoną przy ognisku sprzeczał się z parą turystów z Niemiec co lepsze KTM czy jego Hayabusa. Wieczory mijały w takich klimatach, okraszone dźwiękami gitary i trzaskiem drewna w ognisku.

  Motocykl sprawdzony, po południu na dwie godziny przed wyjazdem na pole szybowcowe postanowiłem sprawdzić czy można regulować wysokość  iglicy w gaźniku.  Kiedy zakładałem go na powrót podszedł do mnie z ciekawości motocyklista i zwrócił mi uwagę na luźny wężyk, który akurat buja się przy dyszy podciśnieniowej. Trochę bezmyślnie założyłem go na nią, wszystko skręciłem, moto odpaliłem i było git. Dopiero przed odjazdem kiedy motocykle odpalało ponad  dwadzieścia osób, mój Junak zaczął rzygać paliwem przez obudowę filtru powietrza, masakra, wstyd, ujma, no tragedia jakich mało przy wszystkich, co za pech.
Odstawiłem moto, gdyż robiło się ciemno, rano miałem sprawdzić wszystko ponownie.

Zapłonęło ognisko, na ruszt trafiły kiełbaski, miałem dwa piwa i wesołych kompanów na wieczór.
Ciężko było wstać od ogniska, był środek nocy kiedy trafiłem do namiotu.
Rano wstałem, zrobiłem toaletę i zacząłem szykować się do drogi, przed ósmą stoczyłem Junaka z góry do warsztatu Andrzeja co to każde dwa koła ożywia.
Niestety musiałem zbroić się w cierpliwość, kolega musiał jechać do Ustrzyk, a mi wypadało tylko czekać. Nie w mojej to naturze, poszukałem potrzebnych narzędzi w warsztacie i zadzwoniłem do Mastera w Gdyni z prośbą o pomoc. Nie minęło pół godziny, motocykl już pyrkał spokojnie na placu, okazało się, że wężyk odpowietrzający wcisnąłem na dyszę podciśnienia.
 Wróciłem do Przystani, pożegnałem gości i gospodarzy, przytroczyłem sakwy na motocykl i nim ruszyłem w drogę dochodziło południe.

 Mimo wszystko ruszyłem na Wolin, przez Sanok i Rzeszów skierowałem się na Kraków. Resztę dnia spędziłem na siodełku Junaka, łykając kilometry, na nic to się zdało dotarłem pod wieczór do Opola.
 Postanowiłem przerwać ten wyścig z czasem i rano ruszyć do Gdyni, niestety w sobotę wieczorem  musiałem być w domu. Po Opolem obok stacji benzynowej wynająłem pokój, cena może i była niska, warunki dobre gdyby nie roje komarów w pokoju, których nie dało się wybić.
Wstałem rano po kłuty, niewyspany swędzący, znów pakowanie i przed piątą ruszyłem w trasę, kierunek dom. Myślicie, że to koniec, no prawie, tuz po wschodzie słońca na postoju zepsuł mi się zamek w kurtce na amen. Jazda w taki sposób to choroba pewna, na pierwszej stacji udało mi się kupić tritki, myśliwskim nożem porobiłem dziury i tak zapiąłem kurtkę. Będąc gdzieś w połowie drogi ściągnąłem rękawice, tak było ciepło, na swoje nieszczęście nie ściągnąłem mankietów i w ten sposób miałem bliskie spotkanie z pszczołą, która wpadła mi w rękaw i użądliła.
Tak to wracałem do domu jak najkrótszą drogą, tego dnia był ostatni moment aby bezpłatnie skorzystać z autostrady A1, bardzo dobrze, kasa świeciła pustkami, ostatnie zakupy to była benzyna i butelka wody, o 16 z minutami dojechałem do domu.