sobota, 12 września 2015

Motocyklowe podróże



Wystarczy, że raz spróbujesz. To jest uczucie, które trudno porównać do czegoś innego, idziesz rano na parking, rosa osadza się na butach, jest ciemno, strażnik o tej porze śpi, brama jest zamknięta. Motocykl stoi spakowany, wystarczy ściągnąć plandekę. Wszystko zostało sprawdzone wcześniej, teraz wystarczy tylko dosiąść maszyny i można ruszyć w trasę. Wytaczam się na drogę, ruszam w kierunku obwodnicy, kiedy obieram kierunek na południe po kilku kilometrach mijam ostatnie latarnie, zapadam się w ciemność, dopiero za Gdańskiem niebo na wschodzie z czarnego przechodzi w granatowe. Tego nie da się porównać z niczym. Silnik równo pracuje, droga ucieka pod kołami, na policzkach czuję różnicę temperatur.  Na twarzy mam nieprzemijający uśmiech.  Ruszam na wyprawę.


  Moje zainteresowanie motocyklami zaczęło się pod koniec lat 80-tych XX wieku, kiedy skończyłem 17 lat. Koledzy na osiedlu nagle z rowerów przesiedli się na Jawy, MZtki i Junaki. Nikt nie myślał wtedy o podróżowaniu, pojazdy były zbyt awaryjne aby wybrać się gdzieś dalej.  Jak wszyscy to i ja zacząłem „truć” Ojcu o motocykl.
 Pewnego dnia pojechaliśmy do Polmozbytu w Oliwie po moje pierwsze moto.
Miały być MZetki 150, a były CZty z silnikami 175 ccm i popularne 350tki.  Na nic się zdały moje prośby, Tata zdecydował, że pierwszym motocyklem będzie CZtka 175. I tak też się stało, była to spora maszyna, jak na tamte lata, ciężka, jeden cylinder, silnik dwusuwowy,  chłodzony powietrzem, instalacja 6 voltowa, spora kanapa, klasyczny widelec i dwa amortyzatory olejowo-sprężynowe w jedyny dostępnym kolorze, czerwonym .       

 Praktycznie od samego początku sprawiała kłopoty, a to linki rwały się jak włosy z głowy, szczotki zawieszały się co chwila, regulator napięcia  wariował, a do tego nagar na świecy jak źle dobrałem mieszankę. To był motocykl, przy którym więcej dłubałem niż nim jeździłem.   
 Najdłuższą trasę, którą zaliczyłem był wypad do Wąglikowic to 15 km za Kościerzyną jakieś 90 km od Gdańska i tu nie obyło się bez przygód. W drodze jedyna kontrolka, która przykuwała uwagę to ładowanie akumulatora, a raczej jego brak. Tak było i tym razem, ale w tamtych czasach akumulatory były dość spore nie takie mikrusy jak teraz, jak wyłączyłem wszystkie odbiorniki prądu, poczynając od lampy a kończąc na  stopie i kierunkowskazach to spokojnie mogłem dojechać do domu. Chroniczny brak części sprawił, że pewnego dnia kupiłem dwa największe akumulatory i po przez opiłowanie obudowy mogłem je  wpasować na wcisk w miejsce do tego przeznaczone. Miałem zasilanie na zmianę. Na jednym śmigałem, drugi w tym czasie był podłączony pod prostownik. Jeśli go dobrze naładowałem to  spokojnie jeździłem przez cały dzień.
 Całe szczęście ruch w tamtych  czasach w porównaniu do obecnych był znikomy.  Mimo to zdarzało się pchać  motocykl z Sopotu do Gdańska.
 Pewnego dnia wracając do domu spotkałem na przystanku autobusowym koleżankę, śliczną blondynkę, która poprosiła mnie abym ją podwiózł do Sopotu. I weź tu człowieku odmów, kiedy ktoś tak sympatyczny prosi, powiesz, że maszyna to złom i właśnie wracam do domu bo akumulator ledwo zipie? Prądu starczyło w jedną stronę.
 Ot taki urok ówczesnej motoryzacji. Były jeszcze inne ograniczenia, wyobraźcie sobie benzyna była na kartki, tak, tak, po paliwo stało się w kolejce, trzeba było jechać z samego rana, aby załapać się na przydział.
 Całe szczęście przez cztery lata użytkowania nie zaliczyłem, żadnej gleby, choć i w tym przypadku raz o mały włos, a jazda skończyć się mogła tragicznie.
 Znowu przez dziewczynę,  zaproponowałem krótką przejażdżkę mojej sympatycznej sąsiadce, ruszyłem nowo budowaną drogą, która prowadziła dosyć stromo w dół z Moreny w Gdańsku kierunku Chełma.
 Dziś w tym miejscu jest przystanek kolei metropolitalnej, a w tamtym okresie droga w pewnym momencie nagle się kończyła, trzeba było po płytach betonowych przejechać na przeciwległy pas ruchu. Był wieczór, źle wyczułem odległość, miałem pasażera i już wiedziałem, że nie wyrobię się na zakręcie, nacisnąłem hamulce utrzymując kierunek jazdy wprost na zaorane pole oddzielone od drogi wysokim krawężnikiem. Tuż przed przeszkodą puściłem hamulce przednie koło uderzyło w krawężniki i cudem przeskoczyłem lądując w polu. Ależ się najadłem strachu , koleżanka tłukła mnie w kask coś krzyczała, ludzie którzy byli świadkami również krzyczeli, a ja odpaliłem moją maszynę kopniakiem i zawróciłem do domu. Już nigdy więcej nikogo nie zabrałem na przejażdżkę.